poniedziałek, 16 listopada 2015

Rozdział 11. - Metamorfomagia i lekcja latania

Rachel leżała na swoim łóżku, nadal w ubraniu. Nagle usłyszała krzyk Soni. Od razu się poderwała i spojrzała z uwagą na otoczenie, teraz zaciekawiło ją to pomieszczenie. Dormitorium wyposażone było w umieszczony centralnie piec, na którym wisiały mokre ręczniki, były także łóżka z baldachimami. Rachel ocknęła się i spojrzała w stronę z której dochodził wrzask.
- Spokojnie Sonia... Wszystko będzie dobrze... - usłyszała pocieszający głos Lusi.
- DOBRZE?! Moje włosy są zielone! - wrzasnęła Sonia.
Rachel wstała szybko i podeszła do dziewczyn.
- Uhm, co się stało?.. - spytała.
- Nie widać?! - krzyknęła Sonia.
- Uspokój się bo pobudzisz wszystkich. - rzekła Lusi.
Sonia westchnęła i zasłoniła twarz rękoma.
- Ale jak j-ja teraz wyglą-ądam? - spytała jęcząc Sonia.
- Pójdziemy do McGonagall. Ale najpierw mi wytłumacz jak to się stało? - spytała zdziwiona Rachel.
- No bo, miałam koszmar. Byli tam Ślizgoni... Ugh, zaatakowali nas jakimś zaklęciem i błysło zielone światło. Potem było tylko zielono, i nagle TO! - wrzasnęła znowu Sonia wskazując na swoje zielone włosy, które jeszcze wczoraj były czarne.
- Aha. Ubierzmy może najpierw szatę i ogólnie wszystko a potem zabierzemy cię jakoś do McGonagall, nie znam drogi więc pójdziemy po Alex'a... - zaproponowała Rachel.
- PO ALEX'A?! Nie no świetnie! - zapiała Sonia. - Od razu może Max się z nami zabierze?
- Czemu nie. - powiedziała Lusi i uśmiechnęła się do Soni.
Sonia tylko ubrała się szybko tak jak Rachel i Lusi. W dormitorium stały jeszcze dwa łóżka, ale były już puste. Rachel uczesała Sonię tak by nie wychodziły jej włosy z poza kaptura. Gdy już skończyły spojrzała tylko na zegar, była 8.00, czyli śniadanie powinno się zacząć. Wyszły z dormitorium uczesane i ubrane. Rachel miała rozpuszczone włosy, lekko falowane, Lusi miała rozpuszczone swoje czarne, proste włosy. Sonia zaś miała zielony kok na czubku głowy, lecz szybko przysłoniła go kapturem. Na szczęście Alex i Max czekali na nie przy kominku.
- Czemu.. - powiedział Alex.
- Nie ważne. - warknęła Sonia. - Zaprowadź mnie do McGonagall.
- Nas. - powiedziała Lusi.
- No tak NAS! - poprawiła się szybko Sonia. - Moje włosy są zielone.
- Co?! - spytał wstrząśnięty Max.
- No... Idę do McGonagall by się dowiedzieć o co chodzi. - powiedziała Sonia.
Rachel, Lusi i Sonia spojrzały z nadzieją na Alex'a.
- No dobra! Chodźcie szybko. McGonagall powinna być w Wielkiej Sali. - powiedział Alex idąc w stronę wyjścia. Max, Lusi, Sonia i Rachel pobiegli za nim. Minęli kilka uczniów idących w stronę Wielkiej Sali. Sonia trzymała cały czas swój kaptur by nie zleciał. Wbiegli do Wielkiej Sali i zauważyli McGonagall.
- Pani profesor! - zawołał Max. - Profesor McGonagall!
McGonagall odwróciła się i spojrzała na Max'a, Alex'a, Sonię, Lusi i Rachel.
- Tak? - spytała sucho McGonagall.
- Sonia powiedziała, że ma zielone włosy i, że nie wie jak to się stało. - powiedział szybko Alex.
- Co?! Przecież jakim cudem! Chyba, że pani Grimmie posiada niezwykły talent czyli jest Metamorfomagikiem. A to na prawdę rzadka umiejętność. - powiedziała zaskoczona lecz także zdumiona McGonagall.
- Metarmo... Co? - spytał Alex.
- To umiejętność zmieniania się pod różnym względem, czyli możesz zmienić sobie kształt nosa, kształt twarzy i kolor włosów. Jest dużo możliwości, a ty możesz to robić bez użycia czarów. - powiedział szybko Max, zanim McGonagall zdołała odpowiedzieć. - Też się zdziwiłem jak usłyszałem, że ma zielone włosy ale nie byłem do końca pewny czy jest Metamorfomagiczna.
- Genialnie panie Jackson! - powiedziała zaskoczona McGonagall. - 5 punktów dla Gryffindor'u!
Max uśmiechnął się szeroko patrząc na towarzyszy.
- Ale jak zmienić ponownie swoje włosy w normalny kolor? - spytała po chwili Sonia.
- Musisz się skupić, zamknąć oczy i pomyśleć o tym jaki chcesz mieć kolor włosów, a to się stanie. - rzekła McGonagall.
Sonia spróbowała tego co kazała jej McGonagall. Ściągnęła kaptur z nadzieją i otworzyła oczy.
- Brawo! Ślicznie wyszło, ciemno kasztanowe włosy. - powiedziała McGonagall.
Sonia uśmiechnęła się niepewnie i usiadła przy stole Gryfonów z Lusi, Rachel, Max'em i Alex'em.
- Ah tak, wasze plany zajęć, proszę bardzo! - rzekła McGonagall i wręczyła im plany zajęć.
- Dziękujemy. - powiedziała Rachel i od razu zaczęła przeglądać swój plan.
- Najpierw mamy latanie na miotle, zaklęcia, przerwa, potem lunch, później obrona przed czarną magią i eliksiry. - wyrecytowała Lusi.
- PIERWSZE MAMY LATANIE? - spytał podniecony Max. - Zwykle latanie zaczyna się po dwóch tygodniach nauki...
- Taak. - powiedział Alex.
Rachel sięgnęła po kanapkę i zaczęła jeść. Chciała trochę się wykazać na lataniu na miotłach by nie zbłaźnić się, ogólnie jakoś wolała być w tym dobra. Napiła się trochę soku z dyni i poczuła się bardziej ożywiona. Niedługo pójdziemy na lekcje, jej pierwszą lekcję. Spojrzała na Max'a a on nadal przyglądał się swojemu planu zajęć.
- Latanie mamy z wszystkimi... Zaklęcia z Krukonami, obronę przed czarną magią mamy z...Ślizgonami, eliksiry z... z... Ślizgonami... - westchnał Max.
- Ojeju! - zdziwiła się Sonia, nagle jej włosy zaczęły robić się czerwone.
- Uspokój się, kolor włosów może także zależeć od tego co w tej chwili odczuwasz. - przypomniał jej Max.
- No świetnie! - powiedziała skupiając się Sonia, a jej włosy powoli zaczynały wracać do normalnego koloru.
- Dobra, musimy się pośpieszyć. - przypomniała Lusi. - Musimy dojść tam, nie?
- No taak. Ale ja znam dobrze drogę. - powiedział Max.
Wszyscy wstali, napili się trochę soku i poszli w stronę wyjścia. Kilka razy mijali srebrzyste, prawie przezroczyste, postacie lecące w powietrzu.
- Cholibka! Rachel! - Rachel usłyszała znajomy głos, a gdy się odwróciła zobaczyła tego samego ogromnego człowieka co zabrał ich przez jezioro. - Przyjdź do mnie po zajęciach i oczywiście po nauce! Zabierz też swoich sympatycznych koleżków!
- Dobrze. - powiedziała uprzejmie Rachel.
- Kto to? - spytała Lusi.
- To Rubeus Hagrid. Ale każe mówić do siebie Hagrid.  - powiedziała Rachel.
Wyszli na zewnątrz, Hogwart otaczał las i wielkie góry. Poszli kawałek dalej przed zamek i czekali na profesora. Nagle wyszła ich nauczycielka, pani Hooch. Profesor nosiła białą koszule i czarny krawat z herbem Hogwartu oraz czarny płaszcz.
- Dzień dobry drodzy uczniowie! - powiedziała zdecydowanym głosem.
- Dzień dobry pani profesor. - powiedzieli chórem uczniowie.
Rachel zauważyła Dianę, James'a i Luke'a, spojrzała na nich z odrazą i odwróciła wzrok z powrotem na nauczycielkę. Zapewne, Rachel,  nie dosłyszała tego co powiedziała by wszyscy się poruszyli i stanęli obok mioteł leżących niedaleko na trawie. Uczniowie zaczęli krzyczeć ''Do mnie! Do mnie!'' wyciągając prawą rękę nad miotłę. Miotła Max'a od razu poszybowała w górę a on ją chwycił, uśmiechnął się, ale po chwili Diana też już miała miotłę, podobnie jak James i Luke. Rachel wyciągnęła rękę patrząc na Sonię i Lusi.
- Do mnie!!! - wrzasnęła Sonia, której włosy znowu zaczęły się czerwienić, a Diana zaczęła chichotać. Miotła jednak poderwała się i Sonia ją chwyciła.
- Do mnie! - powiedziała zdecydowanie Rachel, miotła jednak się nie ruszyła.
- Do mnieee! - krzyknęła Lusi, miotła poderwała się i opadła z powrotem. - No bez żartów!
- Do mnie! - powiedziała bardziej zdecydowanie Rachel, a miotła wystrzeliła w górę i Rachel już ją trzymała. Spojrzała w prawo, Alex nie mógł sobie poradzić, ale po kilku minutach jemu też się udało, Lusi zajęło to jednak mniej czasu.
- Stop! Trzymajcie swoje miotły. Przenieście nogę przez kij i czekajcie na mój znak, wtedy odepchnijcie się mocno nogami od ziemi. Na mój gwizdek! - wszyscy zaczęli robić to co kazała im pani Hooch. - Raz.. Dwa.. TRZY!
Usłyszeli gwizdek. Rachel odepchnęła się mocno od ziemi tak jak Max i Sonia. Lusi poderwała się trochę później bo patrzyła rozkojarzona na las. Alex nie był zbyt pewny siebie ale zrobił to.
- Świetnie! Teraz proszę starać się pokierować miotłą tak by zatoczyć koło, które jest narysowane na ziemi! - pani Hooch wskazała na trawę i zrobiła okrężny ruch palcem.
Wszyscy zaczęli lecieć w tą stronę. Rachel dziwnie się czuła, leciała nad ziemią, na jakiejś miotle, ale czuła się wolna jak nigdy. Zrobiła bez problemu okrążenie, Sonia towarzyszyła jej obok, tak samo jak Alex, Lusi i Max. Tym razem włosy Soni zmieniły barwę na purpurową. Wydawało się to dziwne. Diana, James i Luke popisywali się i latali najwyżej. Max nie dał się im sprowokować, ale zaczął latać szybciej i zostawiał ich samych.
- Wspaniale! Brawo panno Johnson, panie Davis, panie Barkley i panie Jackson! Wy byliście najlepsi! - zawołała pani Hooch.
Diana i jej towarzysze uśmiechnęli się drwiąco, a Max podleciał bez konkretnego wyrazu twarzy do Rachel, Soni, Lusi i Alex'a.
- Koniec lekcji! - zawołała po kilkunastu minutach latania okrężnego, pani Hooch.
---
Chyba się trochę za bardzo rozpisałam. xd
17:41

piątek, 13 listopada 2015

Rozdział 10. - Dyskusja

- No, taak. A co? Kto to? Wydaje mi się, że znam to nazwisko... - mówiła Rachel.
- Harry Potter, wybraniec, uratował nas od Sama-Wiesz-Kogo, z resztą... Przecież ty nie wiesz... - urwał Alex.
Rachel nie odzywała się przez chwilę a potem nagle spytała:
- A co charakterystycznego umiał Harry Potter?
- Uhm... No był wielkim czarodziejem, trafił do Gryffindoru, znał mowę wężów i pokonał Czarnego Pana. - odrzekł po chwili zastanowienia Alex.
- Ahh... - westchnęła Rachel i spojrzała na Alex'a.
- Więc, dlaczego jak sądzisz Harry jest podobny do ciebie? - spytał.
- Noo... Nie jestem pewna ale... ale... możliwe, że... - jąkała się Rachel i spojrzała za siebie. - Ja chyba znam mowę wężów...
Alex podskoczył lekko wystraszony, ale po chwili odetchnął i poszedł z Rachel dalej unikając jej wzroku, co nieco ją wkurzyło. Dotarli w końcu do wielkiego pomieszczenia ze schodami poruszającymi się w różne strony. Trochę się przeraziła, na ścianach było mnóstwo portretów na których osoby poruszały się i wychodziły w sąsiednie ramy.
- Słyszałem, że mamy pokój wspólny za portretem Grubej Damy. - rzekł po chwili Alex wchodząc z Rachel po schodach.
- Aha. - mruknęła.
Dotarli do portretu.
- Piękne włosy! - powiedział głośno Alex.
- Dziękuję, oh, a no tak... hasło... wchodźcie. - powiedziała Dama z portrety uśmiechając się do nich i wpuszczając Alex'a i Rachel. Weszli do przytulnego, okrągłego pomieszczenia pomalowanego na czerwono z czerwonymi gobelinami. W pokoju znajdowało się wiele stolików, krzeseł i foteli a w kominku płonęło ognisko. Na lewo i prawo były schody prowadzące do jakiś pomieszczeń. Zauważyli Max'a, Sonię i Lusi siedzących przy kominku i podbiegli do nich.
- No wrrreszcie. - powiedziała Sonia.
- Martwiliśmy się. - dodał Max.
- Co od was chciała? - spytała Lusi.
- Gadała o tym co się stało w pociągu i potem o tym czemu tiara się wahała. Ale... Skoro jesteśmy już tutaj wszyscy, może Rachel łaskawie nam opowie  dlaczego John przygniótł ją do ściany? - mówił drwiąco Alex.
A wszyscy spojrzeli z wielkimi oczami na Rachel. Zawahała się przez chwilę ale w końcu powiedziała.
- No bo się spytałam czy jest wężousty... - powiedziała cicho.
- Jak ty czegoś się uprzesz to nie odpuścisz. - powiedziała z westchnieniem Sonia.
- Ale mówiłaś mi, że sądzisz, że jesteś wężousta. - warknął Alex.
- No bo on zaczął się dziwnie zachowywać. Powiedział do mnie coś w stylu Masz swój dowód z takim sykiem. - powiedziała lekceważąco Rachel. - A ja go zrozumiałam.
- A potem, mówiła, że tiara porównała ją do Potter'a. - rzekł stanowczo Alex patrząc na nią z wysoka.
- Wiesz co, idealnie pasowałbyś chyba do Slytherinu, jakoś na razie jesteś okropnym Gryfonem. - syknęła Rachel. - Powiedziałam prawdę.
- Spokojnie, ludzie, nic się nie stało... - pocieszała Sonia.
- Powiedz to jej. - warknął Alex.
Rachel zignorowała go i usiadła obok Lusi przy kominku.
- Wielki obrońca Ślizgonów... - syczał Alex.
- ODWAL SIĘ ODE MNIE! - ryknęła wkurzona Rachel.
Alex wzruszył ramionami i skierował się do dormitorium chłopięcego mimo tego, że Sonia chciała go zatrzymać. Rachel nie patrzyła nawet na to, tylko patrzyła na dywan, czuła się smutna, rozżalona.
- Nie przejmuj się. - mówił Max.
- Taa, łatwo mówić. - syknęła Sonia. - Idę spać.
- A tą co ugryzło? - spytała Lusi.
Rachel wzruszyła ramionami ale nie odwracała wzroku od dywanu. Była bardzo senna.
- Oh, no dobra ja też idę spać. - powiedziała po kilku minutach Lusi i ziewnęła ciężko.
 Wstała i poszła. Rachel i Max zostali wpatrując się w ogień.
- Na serio... - rzekł Max. - ... jesteś wężousta?
- No tak, tak myślę. - powiedziała Rachel.
- Możemy to sprawdzić. - dodał po chwili namysłu. - Wyobraź sobie, że płomienie ognia to węże. Bardzo się skup i wypowiedz to w języku węży.
Rachel wpatrzyła się w płomienie ognia które wirowały w różne strony.
- Ale co mam powiedzieć? -syknęła skupiona Rachel.
- O mój Boże. Jesteś wężousta. - powiedział podniecony Max.
- Ale ja się aby spytałam co mam powiedzieć. - odrzekła cicho Rachel.
- Ale powiedziałaś to w języku węży. - odpowiedział.
- No ale jak można używać języka węży nie wiedząc o tym? - zapytała Rachel.
- Można. - zaśmiał się Max jakby to było oczywiste.
Rachel wyprostowała się i spojrzała na Max'a.
- Jesteś senna, lepiej się połóż. - powiedział Max.
- Dobra. Ty też. - dodała Rachel idąc w stronę dormitorium dziewczyn.
Pierwsze co zrobiła gdy weszła to od razu uwaliła się na łóżko i zasnęła.
---
Rozdział od niechcenia.
Zmęczona.
Dobranox.
21:19

czwartek, 12 listopada 2015

Rozdział 9. - Wężousty

Rachel, Lusi, Sonia, Alex i Max siedzieli przy stole patrząc na innych Gryfonów. Uśmiechali się do siebie, czasem Alex zaczynał naśladować Dianę wrzeszczącą na Luke'a którego naśladował Max.
- Uwaga! Witam was w kolejnym roku nauki w Hogwarcie! - krzyknęła McGonagall wchodząc na podest. - Przypominam o zakazie wchodzenia do Zakazanego Lasu. Nasz woźny pan Filch przypomina też by nie wychodzić z dormitorium od godziny ósmej wieczorem. A teraz uczta!
Na stole zaczęły pojawiać się stosy jedzenia, kurczak, schabowe, ziemniaki, sałatki i inne. Alex i Sonia szybko wyciągnęli ręce po kurczaka i zaczęli jeść, Lusi nadal nieśmiała, wyciągnęła ręce po sałatkę, ale trochę ubrudziła stół, Max pomógł jej to sprzątnąć. Rachel patrzyła na innych z Gryffindoru, ale i patrzyła na stoły innych domów patrząc co się dzieje. Nagle usłyszała za sobą szept.
- Panno Collins, chodźmy na słówko do mojego gabinetu... - usłyszała za sobą cichy głos McGonagall. - Poproszę też pana Thomson'a.
Ostatnie zdanie skierowała do Max'a, Alex'a, Soni i Lusi. Wszyscy wstali ale McGonagall machnęła ręką i zabrała Alex'a ze sobą. Sonia patrzyła ciekawie na nich kroczących za panią dyrektor. Rachel spojrzała na stół Ślizgonów, nie było przy nim dwóch osób. John'a i James'a. Bez słowa Rachel pobiegła za McGonagall.
- Prze pani... A właściwie, czemu nas pani ciągnie do swojego gabinetu? - spytała w końcu Rachel.
- Chcę porozmawiać o tym co wydarzyło się w pociągu. - powiedziała szybko McGonagall.
Spojrzałam na Alex'a ale on tylko wzruszył ramionami i popchnął mnie bym szybciej szła. Nagle ujrzeli gargulec.
- Jelly Belly! - powiedziała wyraźnie McGonagall.
Chimera - gargulec odskoczyła na bok, ukazawszy schody które zaczęły jechać w górę. McGonagall weszła na stopień, a Alex i Rachel za nią. Po chwili zobaczyli wielkie drewniane drzwi. Gdy weszli do środka pełno tam było portretów, niektóre chrapały i drzemały sobie a inne patrzyły z ciekawością na przybyszów. Dopiero po ułamku sekundy ujrzeli oni James'a i John'a siedzących na krześle przy biurku dyrektorki.
- Witaj Rachel. - powiedział John i uśmiechnął się machając ręką na powitanie.
- Słyszałam - zaczęła McGonagall. - o bójce w której udział brał młodszy pan Davis i panna Collins.
- Dobrze pani słyszała. - odrzekła Rachel. - Tylko ja nie miałam zamiaru w niej uczestniczyć.
- Co to znaczy? - powiedziała zdenerwowana McGonagall.
- To, pani profesor, że Diana Johnson rozpoczęła tą kłótnię. - powiedział John. - Rządzi się moim młodszym bratem.
John rzucił mordercze spojrzenie James'owi siedzącemu po jego prawej stronie. Tymczasem Rachel nie rozumiała czemu przyszedł z nią tu Alex, nie miał z tym nic doczynienia.
- Diana Johnson? Wspaniale. James idź po nią, a wy dwoje usiądźcie tutaj. - rzekła McGonagall wskazując im miejsca obok John'a. Rachel usiadła posłusznie, Alex zaczął się wahać nie chciał siadać po lewej stronie John'a.
- Więc panie Davis co się stało potem? - spytała spokojniej McGonagall.
- Potem, pani profesor, Luke Barkley i mój brat rzucili się na Rachel. Lecz, ona w porę odskoczyła wpadając na mnie. - mówił swoim tajemniczym głosem John. - Gdyby nie ja, Rachel miałaby kłopoty. Może mi tylko pani wyjaśnić co robi tu ten koleś?
Wskazał ręką na Alex'a nie patrząc na niego tylko na McGonagall siadającą za biurkiem w swoim fotelu.
- Do niego mam też sprawę, panie Davis. - syknęła McGonagall. - Odnoś się z szacunkiem do rówieśników.
Rachel siedziała cicho, przecież nic złego się nie stało w tym pociągu.
- Potem dowiedziałam się, że pani Collins zemdlała. - powiedziała cicho McGonagall.
- Co? - powiedział krótko wkurzony John patrząc na Rachel która odwróciła wzrok.
- No tak. Ale to nie było nic poważnego. - mówiła obojętnie Rachel. - Sonia i Lusi zasnęły, ja też poczułam się zmęczona i nagle zsunęłam się na podłogę.
- Panie Thomson, był pan przy tym? - zagadnęła szybko McGonagall.
- Tak. Rachel zrobiła się cała blada i sztywna, przez chwilę nie czułem jej oddechu... - mówił wyraźnie Alex.
- To nic poważnego. - powtórzyła zdecydowanie Rachel.
- Dobrze się czujesz? - spytała McGonagall.
- Może ma gorączkę? - spytał John patrząc na twarz Rachel.
- Oh, daj spokój wiem, że nic cię nie obchodzę, John. - wyrwało się Rachel.
Alex spojrzał na nią wymownie i odwrócił wzrok wpatrując się w sufit jakby było coś tam ciekawego. McGonagall poprawiła sobie okulary i podeszła do Rachel.
- Długa podróż, może faktycznie... - urwała bo w tej chwili weszła Diana, bez James'a.
- James powiedział, że mam tu wejść. - powiedziała obojętnie Diana, spojrzała nagle na Alex'a i Rachel. - A więc...
- No dobrze pani Johnson! Proszę mi opowiedzieć, co się stało, że zaatakowałaś, a raczej rozkazałaś zaatakować Rachel twoim przyjaciołom. - rzekła ostro McGonagall.
- Ah. To bardzo interesujące... Szłam sobie przez pociąg, szukałam pani z wózkiem z jedzeniem, byłam ogromnie głodna... - mówiła udając żal Diana.
- Do rzeczy. - rzekła szybko McGonagall.
- No... Zauważyłam Rachel z jakimś małym chłopcem, widziałam jak się nad nim znęca.. próbuje czarów na nim... Kazałam Luke'owi i James'owi zabrać jej różdżkę a ona ich zaatakowała. - mówiła udając oburzenie Diana.
- Łże jak pies. - warknął John. - Wszystko widziałem. O mały włos i Rachel by sobie roztrzaskała głowę o róg od półki. Gdybym nie skierował jej tak by upadła na mnie to by skończyło się rozbitą głową.
- Pani Collins. Może mi pani powiedzieć co dokładnie pani robiła na przechadce po pociągu? - spytała McGonagall.
- Ja, no...
- A nie mówiłam! Nawet nie umie się wysłowić. - syknęła Diana.
- Rachel wkurzyła się trochę na nas. - powiedział Alex ignorując Dianę.
- A czemu to panie Thomson miałaby się wkurzyć na was? - spytała McGonagall.
- No bo... - urwał i spojrzał na John'a. - Mówiliśmy o tym do jakiego domu chcemy należeć... Rachel spytała co myślimy o Slytherin'ie... Zaczęliśmy obrażać Ślizgonów i tak dalej. Rachel stanęła w obronie... w obronie... John'a... - w tym momencie John rzucił triumfalne spojrzenie Rachel, która udała, że coś ją swędzi za uchem i odwróciła głowę. - Wyszła z przedziału informując, że idzie się przejść.
- Więc Diano, postanawiam odjąć Slytherin'owi dziesięć punktów i również, - ciągnęła McGonagall ignorując wyraz oburzenia na twarzy Diany. -szlaban w sobotę i niedzielę u mnie, tutaj, w gabinecie. A teraz proszę wyjść. Tylko pan Thomson, proszę zostać.
Rachel wstała, była trochę zdenerwowana, nie wiedziała gdzie ma pójść, może już uroczystość się skończyła i wszyscy poszli do dormitorium do których nie znała drogi... Diana wybiegła najszybciej zbiegając po schodach. Rachel wyszła nie pewnym krokiem, tuż przed nią szedł John. Szła powoli wahając się, John nie odwracał się, poczuła zdenerwowanie jak zeszli ze schodów, John poszedł w inną stronę. A Rachel nie wiedziała gdzie pójść. Oh, no dobra! - myślała.
- John! Czekaj! - krzyknęła za nim Rachel.
- Tak? - spytał przymilnie John.
- Ja, ja nie wiem... Gdzie... - jąkała się Rachel.
- Spokojnie zaprowadzę cię do dormitorium Gryfonów. - powiedział jakby czytał w jej myślach.
- No bo ja nie wiem gdzie kompletnie iść. - powiedziała już trochę pewniej Rachel.
John poszedł do przodu a ona za nim.
- Na serio bawiłaś się w obrońcę Ślizgonów? - zaśmiał się John.
- Tak. Nie pasuje ci coś? - powiedziała trochę wkurzona Rachel.
- Nie nic. Po prostu... czasem Ślizgoni są nie do zniesienia. - rzekł nadal się uśmiechając John.
- Uhm. Chcę się ciebie czegoś spytać. - powiedziała nie pewnie Rachel.
- Słucham. - powiedział krótko John.
- Jesteś wężousty? - spytała cicho Rachel.
Przestraszyła się bo nagle chwycił ją za przedramiona i przycisnął do ściany.
- Co robisz?! -spytała oburzona Rachel.
- Masz swój dowód. - powiedział syczącym głosem John.
- Nie rozumiem. Jaki dowód? - spytała zdziwiona Rachel.
- Cześć Rachel. - powiedział nagle Alex przechodzący obok.
John odszedł szybko od Rachel uśmiechając się do niej szyderczo.
- Dobranoc Rachel... - powiedział tajemniczo John.
Rachel zaczęła masować swoje przedramię które zostało mocno chwycone przez John'a.
- Co wy tam robiliście? - spytał podejrzliwie Alex.
- Później ci wytłumaczę. - powiedziała szybko Rachel. - A od ciebie co chciała McGonagall?
- Pytała się o to czemu Tiara Przydziału się zawahała. Chciała mnie przydzielić do Slytherin'u... Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie.
Rachel zamarła przez chwilę.
- Mnie też chciała, mówiła o moim podobieństwie do Potter'a... Zaczęłam ją prosić o Gryffindor i się zgodziła.
- Co? Do Potter'a?
---
Nudy. Mam nadzieję, że się spodoba.
Dobranox!
21:06 

środa, 11 listopada 2015

Rozdział 8. - Tiara Przydziału

Gdy się obudziła widziała tylko kilka zamazanych postaci. Jęknęła cicho i usiadła na zimnej podłodze. Głowa ją bolała, gdy otworzyła oczy ujrzała tylko kolorowe plamy, zamrugała i patrzyła na postacie które klęczą przy niej.
- O co chodzi? - spytała cicho Rachel.
- Zemdlałaś. Pewnie ze zmęczenia... - powiedziała jakaś pani pochylająca się nad nią.
- Tyle strachu nam narobiłaś! - krzyknęła Sonia.
- Gdzie jesteśmy? - spytała normalnie Rachel.
- Zaraz dojedziemy do Hogsmeade. - powiedział Alex.
- Oh. Więc...? - spytała nie wiedząc dokładnie o czym Alex mówi.
- Więc zaraz będziemy w Hogwarcie. - dodał Max po chwili.
Rachel wstała, nieco się zachwiała i podparła się o siedzenie.
- Odpocznij. A tak po tym wszystkim... Ktoś chce coś z wózka kochaneczki? - spytała miłym głosem kobieta.
Rachel dopiero teraz zauważyła, że za kobietą stoi wózek z jakimś jedzeniem. Szybko wyciągnęła trochę czarodziejskich monet i dała pani.
- Poproszę to. - wskazała na fioletowe pudełko z napisem: ,,Fasolki wszystkich smaków Bertiego Bott'a''.
- Dobrze. - powiedziała kobieta oraz zabrała monety i podarowała Rachel pudełko.
Gdy kobieta sobie poszła, Rachel zauważyła, że wszyscy mają już na sobie szaty.
- Ojej, muszę się ubrać. - powiedziała szybko Rachel i włożyła pudełko z fasolkami na siedzenie. Ubrała w pośpiechu szatę i usiadła na siedzeniu. Otworzyła pudełko fasolek.
- Nie radzę jeść. One są na SERIO WSZYSTKICH SMAKÓW. - powiedział Max.
- E tam... Potem je zjem jak tak bardzo wam na tym zależy. - powiedziała Rachel i włożyła fasolki do torby.
- Uhhmm... Źle się czuję. - powiedziała Lusi.
- Tylko nam tu nie mdlej. - rzekł szybko Alex.
- To normalka... - usłyszeli nagle głos zza drzwi od przedziału. - Można mieć nerwy...
Rachel spojrzała na drzwi, stał tam John Davis. Jego towarzystwo coraz bardziej zaczęło wkurzać Rachel.
- Tiara Przydziału sama decyduje o tym do jakiego domu ma trafić jaki uczeń... - uśmiechnął się drwiąco John. - ... możliwe, że nie będziecie w tych samych domach. W Slytherin'ie z chęcią was ugoszczę.
- Ślizgoni nie są tu mile widziani. - syknął Alex.
- Taaak... - powiedział Max.
- To dziwne, dziewczyny jakoś chyba mnie lubią. - powiedział John widząc zakłopotane miny dziewczyn.
- Słuchaj John, dziękujemy za propozycję i za tę radę. - powiedziała Rachel. - Ale chyba pociąg się zatrzymał, więc... wychodzimy.
- Jak sobie życzysz. - powiedział z dziwnym uśmiechem John.
Wszyscy wyszli z pociągu. Rachel, Max, Alex i Sonia starali się jakoś podnieść na duchu Lusi która robiła się już blada. Nagle zauważyli wielką postać machającą w oddali.
- Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie! - wołał wielki zarośnięty ktoś.
- Uhm. Kto to? - powiedziała nie pewnie Sonia.
- Jestem Rubeus Hagrid, ale mówcie mi Hagrid, zajmuję się opieką nad magicznymi stworzeniami i jestem gajowym Hogwartu. - uśmiechnął się i zaczął dalej wymachiwać nawołując innych ''pirszorocznych''.
- Dobrze! Wszyscy za mną do łódek! - ryknął Hagrid.
Wszyscy ruszyli prawie biegiem za Hagrid'em, który stawiał ogromne kroki. Usadowili się w łódkach oświetlanych przez małe lampy i popłynęli jeziorem. Rachel siedziała w łódce z Max'em i Sonią. Lusi i Alex płynęli inną łódką z pewną rudowłosą dziewczyną. Nikt się nie odzywał, czasami tylko było słychać stłumione okrzyki zachwytu i szepty w stylu: ,,Mogę przysiąc, widziałem jak jakaś jedna macka wyłoniła się z jeziora!''. Nagle ujrzeli wszyscy wielki zamek oświetlony z różnych stron. Rachel, Max i Sonia wpatrywali się w wielki zamek z zachwytem. Nagle po kilku minutach łódki dotarły do brzegu i wszyscy wyszli na trawę. Alex z trudem pomagał wydostać się Lusi z łódki. Rachel też prawie wpadła do wody ale w porę złapała się Hagrida stojącego obok.
- Oj, uważaj. - zaśmiał się Hagrid.
- Taak. Bardzo mnie ciekawi ta szkoła... - powiedziała Rachel.
- Hogwart. Tak, wspaniała szkoła. Ohh, wielka mi szkoda, że Albus Dumbledore nie może być waszym dyrektorem, nie, że mam coś przeciwko McGonagall. Oj niee.. - pomrukiwał Hagrid.
- Jestem Rachel Collins. - powiedziała po chwili.
- Collins... Collins... Nie znam niestety chyba pani ojca. - powiedział Hagrid.
- Jestem z rodziny mugoli. - powiedziała Rachel.
- Rachel! Chodź już, idziemy do środka! - zaskrzeczała Sonia.
- Miło było cię poznać Rachel. Wpadnij może do mnie raz na herbatkę co? Może w sobotę? - powiedział Hagrid zanim Rachel odbiegła.
- Tak, postaram się. Ale... Gdzie pan mieszka? - spytała nie pewnie.
- Tam! - wskazał drewniany domek na skraju lasu.
- Dziękuje. Do widzenia! - zawołała Rachel odbiegając od Hagrid'a.
Rachel biegła za innymi pierwszoroczniakami razem z Max'em, Alex'em, Sonią i Lusi podpierającą się o Alex'a i Sonię. Wszyscy ustawili się pod schodami, w tłumie pierwszoroczniaków można było ujrzeć Dianę, Luke'a i James'a patrzących z wyższością na innych. Po schodach wchodził właśnie John i pomachał przyjacielsko pierwszoroczniakom. Nagle zza drzwi wyszła pani ze zmarszczkami na twarzy i poważną miną.
- Dobrze więc. Jestem profesor Minerva McGonagall, dyrektorka. Witam was w Hogwarcie. Zaraz odbędzie się ceremonia przydziału, a wy zostaniecie przydzieleni do jednego z czterech domów Hogwartu czyli Gryffindor'u, Ravenclaw'u, Hufflepuff'u albo Slytherin'u. Każdy dom zastępuje rodzinę. Musicie być posłuszni, za dobre uczynki dostajecie punkty, a za łamanie przepisów odejmujemy punkty. A teraz proszę za mną! - powiedziała głośno McGonagall.
- Co rok ta sama śpiewka? - mruczał pod nosem John do kolegi który jeszcze nie wszedł do pomieszczenia w którym miała się odbyć ceremonia.
- Panie Davis, powinien pan być już w Wielkiej Sali! - powiedziała głośno McGonagall.
John wszedł ze swoim kolegą do środka, McGonagall szybko weszła, a przestraszone pierwszoroczniaki udały się za nią. Sklepienie wyglądało jak gwieździste najprawdziwsze niebo. Był to piękny widok, a pod nim wisiały w powietrzu świece. W Wielkiej Sali stały cztery długie stoły, zapewne dla każdego domu po jednym. Gdy już dotarli do podestu na którym stał jeden długi stół przy którym siedzieli najprawdopodobniej nauczyciele, pierwszoroczniacy ujrzeli zapewne Tiarę Przydziału. Była to tiara z wielką ilością łat i dziur, stała ona na małym krzesełku. Nagle jedna z jej dziur poruszyła się i zaczęła śpiewać:

Widać znów te małe buzie, 
tryskające śmiechem, 
bardzo ciekawa jestem jak przydzielę ciebie!

Może odważny Gryffindor,
albo mądra Ravenclaw, 
lecz też może być i Hufflepuff,
ciekaw jestem przecie,
może w Slytherin'ie się znajdziecie? 

Ja znam was doskonale, 
wyboru dokonam idealnie,
nie martw się, wkładaj mnie na głowę,
a ja dokonam wyboru,
którym wszyscy tak zdenerwowani jesteście.

Wybuchły oklaski. Rachel nie polubiła tej piosenki, zapewne jak i większość pierwszoroczniaków.
- Wyczytując nazwiska, dana osoba podejdzie tu, usiądzie a ja położę temu na głowę tiarę która zadecyduje o przydziale do domu. - krzyknęła głośno McGonagall by uciszyć tłum, wyciągnęła zwój pergaminu i odkaszlnęła głośno.
- Barkley, Luke.
Podszedł jeden z ochroniarzy Diany który od razu trafił do Slytherin'u. 
- Black, Mike.
Z tłumu wyszedł ciemny blondyn o brązowych oczach. Usiadł na krzesełku zdenerwowany, McGonagall włożyła mu tiarę na głowę. Czekali chwilę i nagle...
- HUFFLEPUFF! - ryknęła Tiara.
Wybuchły oklaski przy stole Hufflepuff'u. Chłopiec zszedł z krzesełka i pobiegł tam, prawie zapominając o odłożeniu tiary.
- Cleveland, Chris.
Z tłumu wyszedł niepewnym, chwiejnym krokiem chłopak o rudych włosach. Usiadł, a McGonagall założyła mu tiarę. Odczekali dłużą chwilę.
- GRYFFINDOR! - ryknęła znów tiara.
Wybuchnęły gwizdy i oklaski przy stole Gryffindor'u. Chłopak szybko ściągnął tiarę i usiadł przy stole.
- Collins, Rachel.
Rachel podeszło serce do gardła, podeszła chwiejnym krokiem do krzesełka. Czuła jak robi się jej gorąco. McGonagall uśmiechała się, Rachel odwzajemniła to i usiadła na krzesełku. Nagle tiara zsunęła się jej na czoło.
- No, no. - odezwał się głosik w jej głowie. - Umysł dość tęgi i spryt oj tak...Władza ... Odwaga... Slytherin by pasował idealnie...
- Nie chcę do Slytherinu...- szeptała Rachel.
- Skoroś taka pewna. Przypominasz mi Potter'a... GRYFFINDOR! - wrzasnęła głośno ostatnie słowo.
Rachel usłyszała oklaski przy stole Gryffindor'u. Zdjęła tiarę i dała ją McGonagall. Zeszła spokojnie z podestu patrząc na wszystkie stoły. Zauważyła John'a uśmiechającego się drwiąco.
- Gratuluję. - powiedział jeden chłopczyk, Chris który był wybierany przed Rachel.
Inni uczniowie uściskali jej ręce i witali ją. Potem nie odzywała się aż do momentu w którym nie została wywołana Sonia. Rachel zacisnęła kciuki i patrzyła na tiarę błagalnym wzrokiem jakby chciała ją prosić znów o Gryffindor.
- GRYFFINDOR! - krzyknęła Tiara a Sonia poderwała się i pobiegła do stołu przy którym siedziała Rachel. Nagle wróciła się bo zapomniała oddać tiarę, kilka osób chichotało ale Sonia podbiegła i uśmiechała się szeroko. W tym samym czasie Brian Arly trafił do Ravenclaw.
- Jackson, Maximilian.
Max poderwał się i podszedł, tiara ledwo go dotknęła i już krzyknęła: GRYFFINDOR! Max podbiegł i uśmiechał się. Potem Diana do Slythein'u...  Kenzie do Slytherin'u...
- Morgan, Lusi.
Lusi tak samo szybko jak Max została wybrana do Gryffindor'u. Do Rachel nie docierały inne nazwiska teraz czekali na Alex'a, czy będzie z nimi w Gryffindorze.
- Thomson, Alexander.
Podszedł pewnym krokiem do tiary a ta krzyknęła.
- SLYTH... Oj, przepraszam. GRYFFINDOR! - krzyknęła wahając się Tiara.
Alex podbiegł do stołu. Wszyscy byli zadowoleni.

---
Taa. Pozdro. Dobranox.
22:29

wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział 7. - Slytherin

-Ok! Dobra. Słuchajcie, żeby wejść na peron 9 i 3/4 trzeba wlecieć w barierkę między peronem 9 i 10. - William wskazał na barierkę a potem dodał widząc przerażone miny dziewczyn - Och, dajcie spokój. Która pierwsza?
Wszystkie dziewczyny patrzyły po sobie niepewnie.
- No dobra, chodź Rachel... - powiedział po chwili William.
Rachel nie ruszała się z miejsca, po chwili ktoś ją popchnął. Na pewno Sonia - pomyślała i pociągnęła swój bagaż z koszykiem w którym był kot. Westchnęła i pobiegła w ścianę nie pewnie. Nagle poczuła jakby stała się częścią tej barierki i następnie była już za ścianą. Zobaczyła wilki pociąg z napisem: Hogwarts Express. Poczuła się szczęśliwa jak nigdy dotąd. Spojrzała w lewo i nagle pojawiła się Lusi.
- O ja... Ale było. - powiedziała trochę zestresowana Lusi.
- Pociąg mamy na 11.00 a jest 10.20... - powiedziała Rachel.
- Oh, to se poczekamy. - dodała Sonia nie zauważona przez Lusi i Rachel, zaraz po niej zjawił się William.
- Dziewczyny, możecie usiąść się na walizkach, ale postawicie je dalej, a nie tutaj przy wejściu, dobrze? - powiedział William.
- Tak jest! - powiedziała Sonia salutując śmiesznie William'owi.
Dziewczyny podeszły pod ścianę nieco dalej i postawiły przy niej walizki siadając na nich. Położyły klatki sów ( i koszyk z kotem Rachel ) przed sobą. Lusi wyciągnęła Kinder Pingui i zaczęła jeść. Inni którzy je mijali dziwnie się na nie patrzyli.
- Człowieka żeś nie widział? - powiedziała do pewnego bladego chłopaka z jasnymi włosami, Rachel już nieco zirytowana. Sonia ją dźgnęła łokciem bo chłopak do nich podszedł.
- Hmpf... Spodziewałem się tutaj takich jak wy. Ale nie widzę nic złego w tym, że jesteście z mugolskich rodzin. - powiedział z chytrym uśmieszkiem blady chłopak. - Jestem tu już na drugim roku, jeśli chcecie coś wiedzieć na temat Hogwartu, pytajcie śmiało.
Dziewczyny patrzyły nie pewnie na chłopaka.
- Czekaj, czekaj... Nie masz nic wspólnego z tym takim co się przyjaźni... - mówiła Lusi.
- Takim kolesiem co przyjaźni się z Dianą Johnson? Taak, ten koleś to mój głupi brat. - powiedział zdezorientowany. Rachel zmierzyła go wzrokiem, na prawdę był podobny do tego chłopaka, tylko, że miał zielone oczy, nie niebieskie.
- Co wiesz o Hogwarcie? - spytała cicho Rachel.
Chłopak spojrzał na nią i parsknął śmiechem.
- Dużo, ale nie wszystko. To co musicie wiedzieć to to, że  są cztery domy; Slytherin, Gryffindor, Hufflepuff i Ravenclaw, każdy dom posiada osoby z charakterem odpowiednim dla danego domu...
- Slytherin? Fajna nazwa. - rzekła nagle Sonia.
- Nie łódź się. Nie przyjmą cię do Slytherin'u, jesteś pochodzenia mugolskiego... - powiedział normalnie chłopak. - Chyba, że jesteś wężousta, ale to nie częsta umiejętność...
- A jakie cechy posiadają te domy? - spytała nagle Rachel.
Chłopak wyrecytował to jak z pamięci:
- Slytherin to dom pełen sprytnych osób, zawziętch i przywódczych. Gryffindor to dom dla odważnych osób i prawdomównych. Hufflepuff to dom dla osób przyjacielskich ale i wiernych. Ravenclaw to dom osób mądrych i uczciwych. Większość uważa, że Hufflepuff posiada najgorszych uczniów, ale nie jestem tego zdania.
- Z jakiego jesteś domu? - spytały jednocześnie dziewczyny
- Slytherin. Tiara Przydziału chciała mnie dać do Gryffindoru, ale jestem... z resztą nie ważne. Muszę iść. - powiedział chłopak.
- A jak masz na imię? - zawołała za nim Rachel.
- John Davis! - krzyknął i pobiegł dalej.
- Co to Tiara Przydziału? - spytała Sonia.
- Tiara która przydziela... Raczej po nazwie idzie się domyślić. - powiedziała Lusi.
- Rachel?
Rachel się ocknęła.
- Co? - spytała Rachel.
- Co myślisz o Tiarze Przydziału? - spytała Lusi.
- Tiara przydzielająca do... może do domów? - rzekła Rachel.
- Całkiem możliwe! - powiedziała Sonia.
- A no. On coś chciał mówić, ale urwał. Gadał coś o tym, że go chcieli dać do Gryffindor'u, ale dali do Slythein'u. - gderała Lusi.
- To oczywiste. - zaśmiała się Rachel.
BUM!
Nagle Rachel zwaliła się z walizki a z nią Lusi na które rzuciły się chłopacy, czyli Max i Alex. Sonia zdążyła w porę odskoczyć.
- Wielkie nieba. Nigdy tak nie róbcie. - powiedziała wkurzona Lusi.
Rachel wstała bez słowa, otrzepała się ale lekko się zaśmiała. Sonia również.
- Witamy. - powiedziała Sonia.
- Ale o co chodziło Rachel? Co jest oczywiste? - powiedział Alex śmiejąc się.
- John Davis jest wężousty. - powiedziała Rachel.
- Coo? - spytał Max.
- Skąd ty w ogóle wiesz co to znaczy? - spytał Alex.
- Uh, coś czytałam w naszych książkach. - powiedziała tym razem mniej pewnie Rachel.
Alex usiadł się na walizce Soni bo tam było jeszcze trochę miejsca. Sonia starała się tam nie patrzeć. Max zaś stał cały czas po środku.
- A czytałaś może co to quidditch? - spytał uśmiechając się Alex.
- Nie... - powiedziała coraz mniej pewnie.
- Oh! To taka gra. - powiedział Max. - Jest siedmiu graczy, gra się na miotłach! A boisko....
- Max ma obsesję na punkcie quidditch'a. - powiedział Alex przerywając mu.
- Bardzo to ciekawe. - mruknęła Rachel.
- Tak. - powiedział Max. - A więc... Kontynuując... Boisko do quidditcha ma owalny kształt. W obu jego końcach umieszczone są słupki bramkowe: trzy tyczki zwieńczone obręczami, przez które ścigający przerzucają kafla. Słupków bramkowych pilnuje obrońca. Na boisku znajdują się także pałkarze, odbijający tłuczki i starający się nie dopuścić do tego, aby wyrządziły krzywdę zawodnikom z ich drużyny. Ostatnim zawodnikiem jest szukający, który ma najtrudniejsze zadanie – musi odszukać złotego znicza spośród zamieszania, jakie panuje na boisku, i złapać go, co kończy mecz. Za złapanie znicza drużyna otrzymuje sto pięćdziesiąt punktów, co przeważnie przechyla szalę zwycięstwa na jej korzyść, choć nie zawsze jest to regułą. Złapanie znicza jest bardzo trudne, jednak dopóki nie zostanie złapany, mecz musi trwać. Najdłuższy odnotowany dotąd mecz quidditcha trwał trzy miesiące. - Max wziął głęboki oddech i kontynuował. - Istnieje kilka firm produkujących miotły zaprojektowane specjalnie do gry w quidditcha. Dziś najważniejszymi dla zawodników miotłami są Nimbusy, ze starszych modeli można wymienić: Dębowy Grom 79, Księżycowa Brzytwa, Srebrna strzała, Zmiatacz jedynka, Kometa 140, Świetlista smuga, Migdrąg, Spadająca gwiazda i Nimbusy 1000, 1001, 1500, 1700 i 2000, 2001 oraz Błyskawica, która jest najszybszą miotłą na świecie...
- Bardzo przepraszam, że przerywam tę ''fascynującą'' opowieść Max, ale jest już prawie 11.00. - powiedziała Lusi.
- Dobra. To wsiadajmy. - powiedział pośpiesznie Max.
Dziewczyny zabrały swoje kufry. Chłopcy już mieli kufry w jednym z przedziałów więc pomogli dziewczynom dotargać je do środka, a dokładniej wzięli zwierzęta, a dziewczyny zajęły się kuframi. Gdy wreszcie już się wtargali do środka usiedli się wygodnie. Rachel siedziała przy oknie, obok której siedziała Lusi, a dalej Sonia. Na przeciwko siedział Max przy oknie i Alex z drugiej strony. Pociąg ruszył.
- A więc, sądzicie, że gdzie traficie? Do którego domu? - spytała Lusi.
- Mam nadzieję, że Gryffindor, ale Hufflepuff też by był fajny. - powiedział Alex który nagle zaczął pić jakiś sok z butelki.
- To samo. - dodał Max.
- Co myślicie o Slytherin'ie? - spytała Rachel.
Alex zakrztusił się sokiem i zaczął kaszleć.
- Slytherin? SLYTHERIN?! Tam są sami idioci... - powiedział oburzony Alex.
- Poznaliśmy chłopaka ze Slytherin'u. - wtrąciła Sonia.
- Ach tak? - spytał się Alex patrząc na Sonie. - Coś wam mówił? Obrażał?
- Zachowywał się bardzo miło i przyjaźnie. Mówił, że nie ma problemu z tym, że jesteśmy z rodzin mugolskich. - powiedziała już nieco zła Rachel.
- To chyba jakaś bzdura... - powiedział Max spokojnie.
- Jak uważacie! - powiedziała nadal zła Rachel i wstała. - Idę się przejść sama po wagonach...
Wyszła zamykając za sobą przedział. Ten chłopak był dla niej miły i dla dziewczyn - myślała. Bardzo się wkurzyła. Chciała usiąść się gdzieś sama, nie widziała w tym sensu, ale czuła, że tak chce. Szła wagonem i nagle stało się, najgorsza rzecz jaką mogła przewidzieć. Stała przed nią Diana i jej dwaj ''kumple''.
- No proszę, proszę. - powiedziała Diana patrząc na Rachel z obrzydzeniem.
- Problem? - spytała obojętnie Rachel.
- Tak, Collins. - syknęła zła Diana.
- Z kąd znasz moje nazwisko? - spytała Rachel.
- Nie twoja sprawa. - powiedziała szybko Diana i szturchnęła James'a i Luke'a. Obaj podeszli do Rachel i patrzyli na nią jakby się zastanawiając nad czymś.
- CHYBA DAŁAM WAM JASNO DO ZROZUMIENIA CO O TYM MYŚLĘ! - krzyknęła Diana.
Tym razem chłopcy podeszli bliżej, lecz Rachel odskoczyła do tyłu i upadła na coś, a raczej na kogoś. Szybko wstała i się otrzepała ignorując śmiechy Diany, James'a i Luke'a.
- Hej, to ty John. - powiedziała Rachel wyraźnie uradowana, że jest ktoś kto może temu zaradzić.
- Co ty robisz w pobliżu wagonu Ślizgonów? - spytał poddenerwowany John. - A wy?
John rzucił ostrzegawcze spojrzenie James'owi, a ten natychmiast umilkł.
- James. Wynocha z twoimi koleżeństwem do wagonu pierwszoroczniaków! - syknął ostrzegawczo John. - A ty Rachel. Odprowadzę cię do wagonu.
- Nie musisz, nie jestem dzieckiem. - powiedziała Rachel i poszła w stronę swojego przedziału.
- To pa! - rzucil John.
Rachel nagle się zatrzymała.
- Czekaj John!  - rzuciła nagle i podbiegła do niego. - Dlaczego niektórzy nie lubią Slytherin'u?
- Ach... Bo z tamtego domu wyszła największa liczba czarnoksiężników. Popleczników czarnej magii, no wiesz takich złych zaklęć i tak dalej. Ale nie wszyscy tacy są. - powiedział John. - Dobra idę, narka.
Poszedł w drugą stronę gdy Rachel poszła też inną drogą. W połowie drogi zobaczyła Max'a.
- Ej! Sonia i Lusi martwiły się bardzo. Alex czeka tam z nimi, kazał mi cię znaleźć. - powiedział szybko Max.
Miło było, że w końcu ktoś se o niej przypomniał. Nie wiedziała, że jej długo nie było, wydawało się jej, że aby kilka minut.
- No wiem. Miałam spotkanie z Dianą. - powiedziała bez zastanowienia Rachel.
- Cooo?! - powiedział zszokowany Max.
- Opowiem w przedziale. - rzekła sucho i poszła w stronę przedziału w którym siedzieli Sonia, Lusi i Alex.
Rachel weszła i usiadła.
- Nooo? - czekał niecierpliwie Max.
- A no tak. Spotkałam Dianę. - powiedziała obojętnie Rachel.
- Jak to... - zaczęła ale nie skończyła Sonia.
- James i Luke chcieli się na mnie rzucić ale się zawahali... - ciągnęła Rachel.
- Ale by oberwali... - mruknął Alex.
- ...Diana się na nich wydarła. Ogarnęła ich trochę i się rzucili, ale odskoczyłam... Na moje nieszczęście, potknęłam się i upadłam na jednego ze Ślizgonów...czy tak jak się tam mówi na tych ze Slytherinu... - mówiła spokojnie jakby to było normalne.
- Jakiego? Kogo? - pytał się Max.
- John'a Davisa, obronił mnie przed Dianą. A ta od razu przymknęła się i poszła. Gadaliśmy i powiedział mi coś o Ślizgonach i zrozumiałam dlaczego nie lubicie tych ze Slytheirin'u.
- No to rozumiesz. - mruknął Max.
Lusi i Sonia przysnęły w połowie drogi. Rachel też była znużona i zsunęła się. Nie była pewna czy spała czy zemdlała. Ale leżała na ziemi...


---
Chyba się rozpisałam... 
No cóż...
Tak to jest jak się słucha muzy i 
pisze jednocześnie rozdział na bloga. xD
21:24

sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 6. - Dojazd

Rachel leżała tak z godzinę głaszcząc swojego kota i wymyślając mu jakieś imię. Na początku myślała nad Dianą, ale przypomniała sobie o tej czarnowłosej dziewczynie która miała tak na imię. Od razu na tą myśl zrobiło jej się nie dobrze. Ale było w tym sklepie - myślała - afera o to, że nazwała nas szlamami... Zastanawiała się chwilę. Afera... Pasuje. Kot o imieniu Afera, idealnie. Westchnęła i patrzyła jak kotek niezdarnie próbuje dojść do niej bliżej. Było około 8.00. Rachel nagle się zerwała, tak ostro, że kot prawie zleciał z łóżka. Chwyciła kociątko i pobiegła na dół.
- Mamo! Mamooo! Musimy już się szykować! - krzyczała głośno Rachel.
- Wiem, wiem. Już cię wczoraj spakowałam jak przyjechałaś ledwo żywa z zakupów. - rzekła mama Rachel. - William mówił, że musi szybko załatwić coś w Ministerstwie, był bardzo wkurzony.
- Taak. - powiedziała krótko Rachel.
- Tu masz jedzenie na drogę, kładę to do tej kieszeni walizki. Ach, no i tu jeszcze teraz musisz zjeść trochę śniadania. - powiedziała mama Rachel.
- Dzięki.
- Ja pójdę uszykować ci jakieś ubranie.
Rachel trzymała małego kotka w ręce a ten miauczał głośno. Położyła go na podłodze by sobie pochodził i poznał dom. Rachel jadła chleb z nutellą patrząc na żywe kroki kotka poznającego nowe otoczenie. Od czasu do czasu popijała ciepłą herbatę. Jej uczucia nie dało się opisać, była jednocześnie radosna ale i spokojna. Mama w końcu weszła do kuchni mówiąc żeby poszła się ubierać. Mama wzięła kotka na ręce i głaskała go powoli, kotek lekko był nie zadowolony z tego, że przerywają mu przechadzkę po domu. Rachel pobiegła do góry, do jej pokoju o kolorach zielono fioletowych obklejonych plakatami zwierzaków. Ubrała się szybko, podbiegła do okrągłego lustra na ścianie i zaczęła czesać swoje kręcone, ciemno blond włosy. Poprawiła swoje czarne okulary i uśmiechnęła się do swojego odbicia. Nareszcie... - myślała - Ten dzień nadszedł.
- Rachel szybko schodź! Sonia i Lusi już tu są! - krzyczała z dołu mama.
Rachel zareagowała szybko i zbiegła na dół. Mama zabrała bagaż i zabrała go na dwór. Przejęty William pomagał jej go wciągnąć do bagażnika. Rachel chwyciła kociątko i wyszła błyskawicznie na dwór.
- Hej! - krzyknęła Rachel.
- Cześć! - powitały ją przejęte Lusi i Sonia.
Rachel wyciągnęła z torby którą miała na ramieniu bilet na pociąg do Hogwartu.
- Masz już imię dla kota? - spytała Sonia głaszcząc czarną, małą, puchatą kuleczkę w mojej ręce.
- Taak. Ale nie wiem czy jest okay. - powiedziała nie pewnie Rachel.
- To... jak ma na imię? - powtórzyła pytanie.
- A no... Afera. - powiedziała wyrwana z marzeń o Hogwarcie Rachel.
Mama przytuliła Rachel mamrocząc coś o bezpieczeństwie i dobrym zachowaniu. Rachel wbiegła z kotem do samochodu i usiadła się. Mama Rachel pokiwała jej uśmiechając się.
Jechali. Lusi i Sonia kręciły się na siedzeniach. Rachel tylko patrzyła nie spokojnie na William'a.
- Panie William... Co się stało wczoraj w nocy? - spytała Rachel.
- Wredne bestie, okropne dementory... - mówił William. - Dementory... One zabierają szczęście każdemu, przypominają człowiekowi najgorsze rzeczy które wydarzyły się w jego życiu. Najgorsze bestie jakie można napotkać, prócz... Ehhh...
- A ten dzik? Taki jasny dzik który odgonił dementora to co to było? - spytała ciekawsko Sonia która też wszyła wtedy na zewnątrz.
- Ah... Dzik to mój patronus... Taki rodzaj dobrej energii,  a pojawił się dzięki temu, że go wyczarowałem zaklęciem patronusa. - tłumaczył William.
- Czyli...? - pytała się Lusi.
- Czyli zaklęciem ''Expecto Patronum''. To bardzo zaawansowana magia, nie wiem czy powinienem wam to tłumaczyć, ale... - zawahał się William. - Trzeba się wtedy skupić na swoim najszczęśliwszym wspomnieniu. Nie każdy czarodziej potrafi wyczarować określonego, cielesnego patronusa. Sztuka wyczarowania patronusa jest bardzo trudna i złożona.
Wszyscy teraz siedzieli spokojnie. Ale Rachel ogarnęła ciekawość.
- Dlaczego to był dzik? Każdy ma sowę jako patronusa? - podpytywała Rachel.
- Nie. - odpowiedział stanowczo William.
Nikt się potem przez całą drogę nie odzywał.
- Jesteśmy. - powiedział William.
Wszyscy wyszli z samochodu. Wyciągali swoje kufry i klatki z sowami. Rachel włożyła kota do koszyczka którego dała jej mama. Każdy  ciągnął swój kufer za William'em. Wreszcie doszli do peronu 9 i 10.

czwartek, 5 listopada 2015

Rozdział 5. - Dementor

Nareszcie w sklepie Ollivandera nadeszła chwila w której dziewczynki testowały różne różdżki. Zajęło im to dwie godziny. Jednak chłopcy których poznały dziewczynki musieli iść, powiedzieli, że spotkają się jutro na peronie 9 i 3/4. Rachel otrzymała różdżkę o długości 10 i 3/4 cala, wykonaną z winorośli, której rdzeniem jest pióro feniksa. Lusi zatem otrzymała różdżkę o długości 11 i 1/4 cala, wykonaną z mahoni, której rdzeniem jest włos z ogona jednorożca. Sonia otrzymała różdżkę o długości 12 i 1/4 cala, wykonana z głogu, którego rdzeniem jest włókienko ze smoczego serca. Gdy wyszli ze sklepu z William'em, udali się prosto do sklepu ,, Centrum Eylopa''.
- Tu kupimy zwierzęta. - powiedział William.
- Ja mam sowę. - powiedziała Sonia.
- Wiem, sam ją przecież Ci kupiłem. Jak ją nazwałaś?
- Rita. - odpowiedziała Sonia.
Weszli do sklepu a w nim było mnóstwo zwierząt, kotów, ropuch, sów i innych stworzeń. Sonia patrzyła jak Lusi wybiera sobie sowę, wybrała wielkiego puchacza o pomarańczowych oczach. Rachel zaś patrzyła na małe kotki które były w kartonie w rogu. Były przeurocze, całe czarne, małe puchate kuleczki. Patrzyły na nią miauczały słodko podchodząc do brzegu kartonu.
- Słodkie są prawda? - usłyszała za sobą męski głos.
- Tak, są śliczne. - powiedziała obracając się do tyłu, widząc dużego mężczyznę o rudych włosach i lekkim zaroście.
- Sprzedam ci jednego jeśli chcesz. - powiedział wesoło młody pan.
- Jeśli mogę to poproszę kotkę nie kocura. - powiedziała uśmiechając się Rachel.
- Widzę, że poznałaś pana Ronalda Weasley'a, mistrza w quidditch'u. - powiedział wesoło William podchodząc do klęczącej przy kartonie Rachel. - Co pan tu robi?
- Ah, mamy przerwę więc pracuję gdzie się da by zarobić... - powiedział cicho pan Weasley zabierając jedną czarną małą kotkę z kartonu.
- A jak miewa się pana przyjaciel? Nasz Harry Potter? - podpytywał William.
- Nie mam pojęcia. Nie widzieliśmy się dawno. - mruknął pan Weasley.
- Dobrze więc, prosimy jeszcze tego puchacza. - powiedział William wskazując na wielką sowę która siedziała na ramieniu Lusi.
- Dobrze, dobrze. - mruczał pan Weasley pisząc coś na karteczce.
William dał mu coś do ręki i kazał zabrać dziewczynkom zwierzaczki.  Pan Weasley zawinął kotka w biało fioletowy kocyk na którym wcześniej leżał w kartonie i dał do Rachel.
- Dziękuję. - powiedziała nie pewnie Rachel i wyszła za William'em ze sklepu z kotkiem w rękach. Patrzyła na niebo, robiło się już późno. Pewnie jest około ósmej wieczorem. Jak ten czas szybko leci.
- Panie William... - zaczęła nie pewnie Rachel.
- Tak? - spytał William.
- Co to znaczy słowo ,,szlama''?
William spochmurniał i spojrzał na Rachel.
- To brzydkie określenie kogoś z rodziny mugoli. To oznacza brudną krew, tylko nie kulturalni czarodzieje używają takiego zwrotu... - odpowiedział cicho William.
- A kto to mugol? - spytała ciekawsko Rachel.
- To taki poza magiczny człowiek. - odparł William.
- Ah... - westchnęła smutno Rachel. Jak ta wredna czarnowłosa dziewczyna mogła mnie nazwać szlamą?! Myślała Rachel.
- A czemu pytasz? - spytał zdziwiony tym razem William.
- Ah, no, no bo w sklepie u Ollivandera... Taka jedna... Diana Johnson nazwała mnie, Lusi i Sonię szlamami. - rzekła wkurzona Rachel.
- Johnson... Pff. Nie przejmuj się takimi osobami Rachel. - powiedział stanowczo William. - Jej ojciec jest pomocnikiem Ministra Magii, ale pracuje jako auror. Nie jest miłym typem.
- Aha.. - odparła Rachel głaszcząc swojego kota.
- Jak go nazwiesz? - spytała nagle głośno Sonia, tak, że Rachel się wzdrygnęła.
- Oh... Nie wiem. Muszę się zastanowić. - powiedziała Rachel.
- Ja swojego puchacza nazwałam Ronald! Tak jak ten pan ma na imię. Był bardzo miły. A ja jestem kiepska w wymyślaniu imion. - powiedziała z uśmiechem Lusi, patrząc na swoją sowę.
Gdy przeszli ulicę Pokątną, William wszedł do dziurawego kotła zamawiając jakiś napój.
- Usiądźmy się tu na chwilę. Pogadajmy. - zaproponował William.
- Idealna propozycja, nogi mnie bolą..i głowa. - powiedziała cicho Lusi.
- Uważaj bo może nie pojedziesz do Hogwartu jutro! - powiedział z udawanym strachem William.
- Oh, skoro tak to nic mi nie jest! - dodała ze śmiechem Lusi, a wszyscy się roześmiali.
Rachel spędzała głównie czas na  głaskaniu swojego kotka, rozmyślając nad jutrem. Ci chłopcy byli bardzo mili, chciałabym się z nimi już spotkać, myślała Rachel.
- Poznaliśmy fantastycznych kolegów u Ollivandera! - powiedziała Sonia, tak jakby czytała w myślach Rachel. - Rachel, widziałaś, jak stanęli w twojej obronie? A ta czarnowłosa jędza przestała zadzierać nosa jak ci dwaj z jej bandy jej nie posłuchali. Chyba się przestraszyli Lusi.
- Heh. Jak mają Ci chłopacy na imię? - spytał ciekawsko William.
- Max Jackson i Alex Thomson. - powiedziała Rachel.
- Serio? Nie mówili nam jakie mają nazwiska. - powiedziała nieco zdziwiona Lusi.
- Ach, no bo słyszałam jak rozmawiali z Dianą. - powiedziała po chwili Rachel.
- Dianą? - zdziwiła się ponownie Sonia.
- No, Dianą Johnson, tą czarnowłosą jędzą. - powiedziała Lusi. - Rozmawialiśmy o niej gdy gapiłaś się na Alex'a. - zachichotała Lusi.
- Ej, wcale się na niego nie patrzyłam, tylko na ten stary zegar który był za nim. - powiedziała szybko w swojej obronie Sonia.
- Taak. Wmawiaj sobie. - powiedziała żartobliwie Lusi.
- Skoro mowa o zegarach. Jest już pół do dziewiątej. - powiedział William patrząc na ścianę na której był również zegar. - Musimy się zbierać.
William wypił do końca swój napój i wstał wyprowadzając dziewczynki z Dziurawego Kotła. Rachel marzyła teraz tylko o ciepłej kąpieli, piżamie i wygodnym łóżku. Jechali samochodem, zaczął padać deszcz. Lusi zasypiała na tylnym siedzeniu opierając głowę o szybę. Rachel patrzyła na okno.
- Zimno coś... - powiedziała Sonia.
- Zauważyłem. - mruknął ponuro William. - Zaczekajcie.
Zatrzymał samochód i zaparkował na poboczu. Wyszedł z samochodu.
- Pod żadnym pozorem nie wychodźcie z tąd. Zaraz wrócę. - powiedział William i zamknął drzwi od samochodu.
- Uhhh.. Zimno... - jęczała Sonia i obudziła Lusi.
- Już... już jesteśmy? Aaaaah... - ziewnęła potężnie Lusi.
- Nie. - rzekła Rachel.
- Gdzie William? - podpytywała Lusi.
- Gdzieś wyszedł. - oznajmiła Sonia.
Rachel wpatrywała się uważnie w okno. To było podejrzane. Muszę wyjść i sprawdzić... Nagle trzask i blask białego światła przerwał myślenie Rachel. Wszystkie dziewczynki patrzyły z nie dowierzeniem na blask a Rachel wyskoczyła z  samochodu. Zobaczyła czarną zakapturzoną postać z kościstymi palcami pokrytymi błoną. Rachel poczuła się strasznie smutna, nie szczęśliwa. Postać ta walczyła z blaskiem światła, gdy nagle ten blask przyjął postać wielkiej sowy i odgonił dementora. Rachel wpatrywała się przerażona w miejsce blasku. Nagle coś zwaliło ją z nóg i poczuła, że siedzi na mokrym asfaldzie. William do niej podbiegł i usadowił z powrotem na siedzeniu. Okazało się, że Sonia też wyszła ale nie upadła na asfald tylko była cała blada.
- Co to było? - spytała Sonia.
- Dementor. Dziwne, zwykle nie opuszczają Azkabanu. Muszę wysłać później sowę do Ministerstwa i wyjaśnić tą sprawę. - mówił wściekły  i zmęczony William.
- Ah. A co to ten Azkaban? - spytała cicho, zmęczona Rachel.
- Okropne więzienie dla czarodziejów... Lepiej nie pytaj. - rzekł William.
Rachel potem usnęła. Obudziła się u siebie w łóżku rankiem. Wszystko ją bolało, a na pościeli leżał malutki czarny kotek. Ziewnęła i pogłaskała kotka.

 Kotek Rachel.
Sowa Lusi - Ronald

---
Pięknie. :3 Teraz chwilę przerwy i może, może, może jeszcze napiszę dziś kolejny rozdział. 
Taaaak. Spotkali Ron'a!!! ^-^
Happy.
18:15